Brexit i co dalej z Europą

Adam Ostolski KODO głębszym podłożu i możliwych konsekwencjach ‪Brexit‬u oraz o podstawowych wyzwaniach europejskiej polityki opowiada Adam Ostolski w rozmowie z Bartoszem Machalicą dla Trybuna.eu:

– Brexit jest symptomem wielu procesów gospodarczych, społecznych, politycznych zachodzących w skali globalnej. Jak nazwałby pan te procesy?

– Brexit to symptom dojścia starego federalizmu do ślepego zaułka. Przez stary federalizm rozumiem przekonanie, że zjednoczenie Europy to proces tworzenia nowego poziomu władzy w opozycji do partykularnych interesów państw narodowych. Stary federalizm legitymizował się poprzez przywołanie wojny i ożywianie zjawy nacjonalizmu. Im bardziej II wojna światowa stawała się odległym doświadczeniem, tym bardziej ta legitymacja stawała się nieskuteczna.

– Dlaczego Brytyjczycy głosowali za Brexitem?

– Było wiele powodów. Niektórzy będą wskazywać na kłamstwa zwolenników Brexitu czy podgrzewanie rasistowskich nastrojów wobec imigrantów, zwłaszcza z Europy Wschodniej. Inni będą podkreślać znaczenie Panama Papers i utraty wiarygodności przez polityczny establishment. Jednak moim zdaniem referendum od początku zbudowane było na tragicznym paradoksie. W sondażach przeprowadzanych na zlecenie Towarzystwa Fabiańskiego widać było, że w brytyjskim społeczeństwie od dawna istniał duży potencjał eurosceptycyzmu opartego na sentymencie do suwerenności narodowej. Z drugiej strony gdy pytano tych samych ludzi, czy popierają np. ingerencję Unii w standardy prawa pracy czy politykę społeczną, to byli za. Wiedzieli bowiem, że taka ingerencja będzie dla nich korzystna. Paradoks polega na tym, Brytyjczycy chcieli od Unii Europejskiej więcej tego, co Cameron właśnie chciał ograniczyć. Nieszczęściem było zdominowanie kampanii Bremain przez Camerona, który skupił się na opozycji „suwerenność państwa kontra ingerencja Unii Europejskiej”, przekonując, że udało mu się wytargować odzyskanie suwerenności. To był zasadniczy błąd, bo sama ta narracja grała na Brexit.

– Na proces erozji „starego federalizmu” oraz błędy w kampanii nałożyło się pewne przygodne wydarzenie w postaci walki frakcyjnej w Partii Konserwatywnej…

– Cameron tylko wyciągnął wtyczkę z kontaktu. To, co wydarzyło się w Wielkiej Brytanii, mogło wydarzyć się również w innym kraju. Za erozję uprawomocnienia integracji europejskiej odpowiadają europejscy przywódcy: Jean-Claude Juncker, Angela Merkel czy Mario Draghi. To oni prowadzą od początku kryzysu ekonomiczną wojnę domową przeciwko europejskiemu społeczeństwu, a przede wszystkim przeciwko społeczeństwom południowych państw członkowskich. I to oni odpowiadają za wrażenie oderwania integracji europejskiej od interesu społecznego i podporządkowania jej interesom sektora finansowego. Forsowanie polityki zaciskania pasa w krajach dotkniętych kryzysem strefy euro i zastępowanie demokratycznych rządów dyktatem Trojki (Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Komisji Europejskiej i Europejskiego Banku Centralnego), forsowanie porozumień handlowych z Kanadą (CETA) i Stanami Zjednoczonymi (TTIP), zawierających antydemokratyczną i sprzeczną z zasadą rządów prawa klauzulą arbitrażu inwestycyjnego (ISDS) – to zjawiska, które uderzają w same fundamenty integracji.

– Kryzys starego federalizmu to wymiar makropolityczny. Ten proces ma również swój społeczny wymiar. Jakby go pan opisał?

– Sukcesy Pawła Kukiza, Donalda Trumpa, ale też Berniego Sandersa to różne oblicza tego samego zjawiska – upominania się społeczeństw o polityczną podmiotowość. Jest to na pewno „gest Kozakiewicza” skierowany w stronę establishmentu. Zwycięskim, choć oszukańczym hasłem zwolenników Brexitu było „odzyskanie kontroli”. Bo takie decyzje to jest też wołanie o możliwość dokonania realnego politycznego wyboru, w sytuacji, gdy inne kanały artykulacji społecznego gniewu zostały zablokowane.

– Co będzie dalej z Wielką Brytanią? Nikt w Europie nie prosi Brytyjczyków „zostańcie!”

– I bardzo dobrze. W tym sensie postawę brukselskich elit oceniam pozytywnie. To brytyjska klasa polityczna się ośmieszyła i teraz musi sama rozwiązać problem, w który się wpędziła. Fala dymisji i rezygnacji – Camerona, Johnsona, Farage’a – pokazuje, że nikt nie chce wziąć odpowiedzialności za sytuację. Wielka Brytania może opuścić Unię Europejską na podstawie artykułu 50 Traktatu o Unii Europejskiej. Ale ten przepis mówi, że procedura musi być zgodna z prawem konstytucyjnym państwa członkowskiego. A to wymaga zatwierdzenia wyniku referendum przez Parlament. Możliwy jest więc jeszcze scenariusz, w którym Brytyjczycy się cofną. Sami jednak muszą przejść przez ten proces, sami muszą przepracować ten problem i sami muszą podjąć decyzję. Europa nie może nachalnie suflować rozwiązań. Osobiście wolałbym, żeby do Brexitu ostatecznie nie doszło. Brexit bowiem może uruchomić „efekt domina”. I mimo że w niektórych tradycyjnie eurosceptycznych krajach, jak np. Dania, zamieszanie po brytyjskim referendum zadziałało jak zimny prysznic, to w innych, np. we Francji czy Włoszech, może dać wiatr w żagle eurosceptykom.

– Czy w Europie są jakieś pomysły jak opanować kryzysową sytuację?

– Dwie najciekawsze propozycje pojawiły się na dwóch biegunach politycznego spektrum. Jedna z nich to pomysł Kaczyńskiego, który proponuje „nowy traktat”. Chodzi o to, abyśmy wszyscy razem zrobili krok do tyłu i dzięki temu mogli pozostać razem. Powrót do koncepcji konfederacji państw narodowych jako sposób na powstrzymanie niekontrolowanej dezintegracji Unii Europejskiej. Nie uważam, aby to było dobre rozwiązanie, ale na pewno jest lepsze niż kilka innych scenariuszy, takich jak np. ściślejsze zjednoczenie „Europy karolińskiej” i pozostawienie reszty na uboczu. Kaczyński opiera się w swoim rozumowaniu na starej opozycji „suwerenność państw narodowych kontra suwerenność Unii Europejskiej”. Nie dotyka w ogóle problemu podmiotowości społecznej.

– Jeśli nie Kaczyński, to kto?

– Yanis Varoufakis, były grecki minister finansów. Jego koncepcja opiera się na demokratyzacji Unii Europejskiej, przywróceniu sprawczości społeczeństwom oraz podporządkowaniu instytucji europejskich interesowi społecznemu, nie interesom wielkiego kapitału.

– Rozumiem, że jest to pomysł na nowy federalizm, który miałby zastąpić bankrutujący stary federalizm. Na czym miałby on polegać?

– Na odejściu od proeuropejskiego sojuszu centroprawicy z centrolewicą. Na uznaniu, że również w Europie powinna stoczyć się otwarta walka o kształt świata. Na zastąpieniu opozycji „federaliści przeciwko nacjonalistom” innym podziałem – demokraci przeciwko oligarchom. Kluczem do koncepcji nowego federalizmu jest idea obywatelstwa socjalnego, czyli jednoczenie Europy nie tylko wokół przestrzeni wspólnego rynku, lecz również polityki redystrybucji.

– Przejdźmy do konkretów, co dalej ze strefą euro?

– Strefa euro w obecnej postaci to główny czynnik dezintegracji Europy. Ze względu na niemożliwość prowadzenia racjonalnej polityki pieniężnej na tak zróżnicowanym gospodarczo obszarze i ze względu na brak mechanizmów redystrybucji między regionami strefa euro generuje konflikty, które coraz częściej wyrażane są w języku nacjonalizmu. W Niemczech, Holandii czy Finlandii mówi się o „leniwych Grekach”, w Grecji odżywa pamięć o niemieckich zbrodniach w okresie okupacji. To nie jest żaden „przeżytek”, to jest nacjonalizm generowany tu i teraz przez chybiony mechanizm unii walutowej.

– Jak przerwać to błędne koło?

– Potrzebny jest odważny krok. Stworzenie dla Unii Europejskiej (nie tylko strefy euro) federalnego budżetu na poziomie 10-20 proc. unijnego PKB (obecnie wynosi ok. 1 proc.). Jestem natomiast przeciwny tworzeniu odrębnych instytucji politycznych dla strefy euro, co postuluje chociażby Thomas Piketty. To niepotrzebnie pogłębiałoby różnicę między państwami z euro i państwami, które zdecydowały się zachować własną walutę. A przy tym tylko odwracałoby uwagę od rzeczywistego problemu.

– Na co wydać środki, które byłyby skupione w budżecie strefy euro?

– Z punktu widzenia stabilizacji ekonomicznej cel ma drugorzędne znaczenie. Prawica może chcieć wydać znaczącą część tych środków na europejską armię, lewica na zieloną transformację gospodarki lub na europejski dochód podstawowy. I o to możemy się spierać. Najważniejsza jest sprawiedliwa dystrybucja geograficzna, która uchroni gospodarki przed asymetrycznym szokiem i będzie podwaliną pod europejską tożsamość polityczną.

– Czy Polska powinna wstępować do strefy euro?

– Na razie nie widzę takiej potrzeby. Własna polityka pieniężna jest wartością samą w sobie. Do niezreformowanej strefy euro nie ma sensu wstępować. Pomysł, aby Polska weszła do strefy euro z posłannictwem jej zreformowania, też do mnie nie przemawia. Obawiam się, że polskie elity, przesiąknięte neoliberalizmem, sabotowałyby właściwy kierunek reform. Przykładem są działania polskiego rządu w sprawie pracowników delegowanych czy dyrektywy o czasie pracy, które sprowadzają się do tego, że nasz rząd – i to bez względu na to, czy rządzi PiS czy PO – nie chce, aby Polacy więcej zarabiali. Możemy rozważać wstąpienie do strefy euro, ale gdy zostanie zreformowana w duchu nowego federalizmu i obywatelstwa socjalnego.

– W polskich mediach popularne stało się wrzucanie takich bytów jak Podemos, Syriza do jednego worka z Jobbikiem i Frontem Narodowym oraz przyklejanie nań etykietki „radykałowie”, przez co rozumie się przeciwników status quo. Jak ocenie pan taką praktykę?

– Paradoksalnie można znaleźć pewien element wspólny łączący te ugrupowania. Każde z nich jest takim lokalnym komitetem obrony demokracji. Wyrastają z głodu demokratycznej podmiotowości. Fakt, że w wielu krajach nacjonalizm staje się dla wielu osób jedynym sposobem wyrażenia ich tęsknoty za demokracją, to jedna z pułapek, w które wpędził nas stary federalizm. Oczywiście nie jest bez znaczenia, czy ten postulat jest podnoszony przez prawicę czy lewicę. Radykalna lewica w większości krajów jest jednoznacznie proeuropejska, w przypadku Syrizy nawet heroicznie proeuropejska. Nie jest przypadkiem, że przywołany już Varoufakis objechał Wielką Brytanię, aby przekonywać do głosowania za pozostaniem w Unii i działaniem na rzecz zmiany tej Unii.

– Jakie siły polityczne mogą stanowić zaplecze projektu nowego federalizmu?

– Przede wszystkim ruchy społeczne – takie jak ogólnoeuropejski ruch przeciwko niedemokratycznym porozumieniom handlowym TTIP i CETA czy założony przez Varoufakisa ruch DiEM25. Z partii politycznych niektóre partie radykalnej lewicy, jak Podemos czy Syriza. Także Europejscy Zieloni w ostatnich latach przeszli ewolucję w tym kierunku. Daniel Cohn-Bendit był tak naprawdę ostatnią wielką figurą starego federalizmu. Socjaldemokracja jest w kryzysie, gdyż stanowiła obok chadecji jeden z dwóch filarów starego federalizmu, który przez dekady był skuteczny, ale dzisiaj już się zdecydowanie wyczerpał. Wyjątkiem są takie kraje jak Portugalia, gdzie socjaldemokracja przemyślała lekcję z kryzysu i buduje sojusze z radykalną lewicą i zielonymi.

– Jedną z kwestii, które nakładają się na kryzys integracji europejskiej jest kryzys migracyjny. Pojawiły się też głosy o porażce multikulturalizmu, cokolwiek ten termin w praktyce poszczególnych państwa miałby oznaczać.

– Przede wszystkim to nie jest kryzys integracji kulturowej, to kryzys integracji społecznej. Zresztą ku radykalnemu islamowi politycznemu zazwyczaj nie zwracają się nowi uchodźcy czy migranci, lecz osoby żyjące w Europie od dwóch, czy trzech pokoleń. We Francji czy w Polsce Daesz rekrutuje także ludzi, którzy są „rodowitymi Europejczykami” i których przodkowie nie mieli nic wspólnego z islamem. Obserwujemy porażkę dwóch podejść do migrantów. Z jednej strony porażkę polityki odgórnej integracji, z drugiej strony porażkę chłodnego multikulturalizmu. Mówię o jego chłodnej odmianie, bowiem jego istotą był brak zachęty do kontaktu między społecznościami i wzajemnego uczenia. Ta porażka wynika z błędnego rozumienia kultury jako czegoś stałego, skończonego i wewnętrznie spójnego. Tymczasem kultura ulega ciągłym zmianom, jest polem permanentnego konfliktu, który ją przeobraża.

– Jaka powinna być europejska polityka migracyjna, aby była kompatybilna z projektem obywatelstwa socjalnego?

– Po pierwsze, zauważmy, że mamy do czynienia z jawną sprzecznością. Z jednej strony słyszymy, że europejski model socjalny nie wytrzyma z powodu napływu migrantów. Z drugiej słyszymy, że nie wytrzyma z powodu niżu demograficznego. Aby europejski model społeczny przetrwał i przekształcał się w kierunku obywatelstwa socjalnego, konieczny jest napływ nowych pracowników. Potrzebne są legalne kanały migracji do Unii Europejskiej. Koniecznością w przypadku polityki uchodźczej jest odrzucenie systemu dublińskiego i stworzenie systemu opartego na solidarności w ponoszeniu kosztów i czerpaniu korzyści z napływu uchodźców i migrantów.

– Ludzie, nie tylko w Wielkiej Brytanii, boją się dumpingu socjalnego…

– Zastanówmy się, skąd bierze się owo zjawisko. Dlaczego migrantom, nieważne Polakom czy Syryjczykom, płaci się mniej? Bo istnieje przekonanie oparte na stereotypach, że można płacić im mniej. Gdyby pracodawcy nie dyskryminowali migrantów, nie oferowali im niższych stawek, to nie byłoby problemu. Rozwiązaniem tego problemu są związki zawodowe. W Wielkiej Brytanii związki dołożyły dużych starań, aby włączyć w swoje szeregi pracowników z Polski. Niedawno OPZZ założył związek dla ukraińskich pracowników w Polsce. To najlepszy kierunek.

Link do rozmowy