Wybory w USA

Amerykańskie wybory prezydenckie skomentował Adam Ostolski w artykule Porażka Clinton, zwycięstwo Trumpa i wnioski dla lewicy na witrynie Trybuna.eu:

Zwycięstwo Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich w USA określa się, podobnie jak Brexit, jako polityczne „trzęsienie ziemi”. To w istocie bardzo trafna metafora. Trump, Brexit, postępy autorytaryzmu w Turcji, olbrzymie poparcie w Austrii dla kandydata neonazistów w wyborach prezydenckich czy rosnące prawdopodobieństwo, że w przyszłym roku prezydentura Francji przypadnie kandydatce Frontu Narodowego to nie są wydarzenia przypadkowe, lecz symptomy głębokiego kryzysu legitymizacji w obecnej fazie kapitalizmu. O tym kryzysie mówiłem cztery lata temu w rozmowie z Markiem Nowakiem, wskazując, że nowa koniunktura może być korzystna zarówno dla ksenofobicznej prawicy, jak i dla radykalnej lewicy. Dziś możemy obserwować, że realizują się głównie czarne scenariusze. Tym bardziej palące staje się wyciągnięcie wniosków z wydarzeń, które rozgrywają się na naszych oczach.

Dlaczego Hillary przegrała

Na wybory w USA można patrzeć z dwóch perspektyw: albo szukając przyczyn zwycięstwa Trumpa, albo zastanawiając się, jakie czynniki zadecydowały o porażce Clinton.

Zacznijmy od Hillary Rodham Clinton. Z pewnością z lewicowego punktu widzenia można jej wiele zarzucić. Jej kontakty z Wall Street czy uwikłanie w promowanie interesów lobby łupkowego są dobrze znane. Bernie Sanders z pewnością byłby lepszym kandydatem i (rozważywszy padające tu i ówdzie kontrargumenty, podtrzymuję opinię, że) miał większe szanse na zwycięstwo.

Mimo to Hillary nie była złą kandydatką. Miała bardzo przyzwoity, jak na USA dość lewicowy program. W istocie był to program koalicyjny „demokratów Clinton” i „demokratów Sandersa”. Do programu wyborczego Clinton sztab Sandersa wprowadził m.in. reformę opłat za studia i rezygnację z ratyfikacji TPP (Partnerstwa Transpacyficznego, umowy o „wolnym handlu” którą zresztą Clinton w administracji Obamy pomagała negocjować). To nie są błahe kwestie. Część programu Clinton, np. dotyczącą zwiększenia roli wczesnej edukacji, dałoby się zrealizować nawet przy republikańskim Kongresie, zważywszy, że cieszy się ona coraz szerszym ponadpartyjnym poparciem. Przy wszystkich swych wadach, w dotychczasowych rolach politycznych – jako aktywna pierwsza dama, jako senatorka i jako sekretarz stanu miała rzeczywiste osiągnięcia. Bez nieudanego podejścia do reformy ochrony zdrowia, którą próbowała przeprowadzić jako pierwsza dama, nie byłoby dziś Obamacare. Bez jej zaangażowania trudniej byłoby wynegocjować przełomowe osiągnięcia Obamy w polityce zagranicznej – nawiązanie stosunków z Kubą, porozumienie z Iranem czy porozumienie z Chinami w sprawie zmniejszania emisji CO2. Nie wątpię, że gdyby Clinton wygrała, mogłaby być jedną z lepszych prezydentek w historii USA.

Clinton walczyła dzielnie, ale to nie był po prostu jej moment. Because it’s 2016, „nowy kapitalizm” przeżywa końcowy kryzys legitymizacji, a wyborcy – i ci z lewa, i ci z prawa – szukają zupełnie innych emocji, innej obietnicy.

Dlaczego więc wygrał Trump?

W zwycięstwie Trumpa, podobnie jak w przypadku referendum w sprawie Brexitu czy niektórych sukcesów skrajnej prawicy w Europie, chodzi o coś więcej niż ksenofobia. W istocie mamy do czynienia z perwersyjnym odzyskiwaniem poczucia kontroli przez ludzi, którym przez lata kazano godzić się z rzekomą nieuchronnością i nieodwracalnością postępu, globalizacji, integracji europejskiej, dezindustrializacji, wolnego handlu itd. itp. „Co się stało, to się może odstać!” – takie mogłoby być ich zawołanie. Jasne, że w tym całym odzyskiwaniu kontroli więcej jest psychologicznej kompensacji niż realnego wpływu na rzeczywistość. Natomiast fakt, że to konserwatywni bigoci stali się nieoczekiwanymi spadkobiercami humanistycznego marzenia o kontroli człowieka nad własnym losem, pokazuje tylko, jak wielkim błędem było zamroczenie wielu przedstawicieli obozu progresywnego wiarą w nieodwracalność globalnych procesów. (Z moją ulubioną kretyniczną teorią integracji europejskiej jako „jazdy na rowerze” – nie można się zatrzymywać, bo jak się zatrzymasz, to się przewrócisz – na czele).

Znaczenie Trumpa, Brexitu itp. wykracza jednak poza psychologię. Referendum w Wielkiej Brytanii czy wybory w USA to nie są tylko polityczne „wydarzenia”. To punkty, w których kumulują się skutki podskórnych i długofalowych procesów. Kształtują się nowe podziały socjopolityczne, a istniejące systemy partyjne okazują się niefunkcjonalne w swej roli reprezentowania społecznej różnorodności. Te procesy zaczęły się jakiś czas temu i będą postępować – co ważne, postępowałyby również wtedy, gdyby w Wielkiej Brytanii wygrali zwolennicy pozostania w Unii Europejskiej, a prezydentką Stanów Zjednoczonych została Clinton (w obu przypadkach było wszak blisko). I to właśnie z tymi procesami „tektonicznymi” – a nie tylko ich powierzchniowymi, choć bezdyskusyjnie bardzo dotkliwymi symptomami, jak Trump czy Brexit, musimy się dziś zmierzyć.

Tendencje rysują się bardzo wyraźnie. Sojusz lewicy reformistycznej i liberalnego centrum coraz rzadziej będzie w stanie wygrywać wybory. Europejski centrolewicowy (i centroprawicowy) establishment zdaje się w ogóle nie rozumieć tej lekcji. Uporczywe forsowanie z lekka tylko podpicowanych porozumień handlowych pokroju TTIP czy CETA, kontynuacja upokarzania Grecji przez oś Berlin-Frankfurt-Bruksela czy pomysły na zmianę konstytucji, z którymi socjaldemokratyczny premier Włoch niefortunnie powiązał swoją przyszłość, dowodzą, że to niezrozumienie sięga w istocie bardzo głęboko. Lewica reformistyczna (a także rozsądni liberałowie) może przetrwać jedynie w sojuszu z odnowionym duchem populizmu. Wybierając dziś Trumpa, wczoraj Brexit, a jutro pewnie Front National, ludzie upominają się o współautorstwo historii. Jedynie ksenofobiczna prawica daje im dziś pozory sprawczości. Wygrać z nimi może tylko taka lewica, która obieca im rzeczywisty współudział.

Odzyskać gniew

Na poziomie „bebechowych” emocji konfrontację między Trumpem a Clinton opisywano jako walkę gniewu ze strachem. Podczas gdy wyborców Trumpa mobilizowała nierzadko wściekłość i poczucie skrzywdzenia, wiele osób głosowało na Clinton z powodu strachu przed tym, co może oznaczać zwycięstwo Trumpa.

Gniew jest w polityce emocją potężniejszą i silniej mobilizującą. Przede wszystkim dlatego, że towarzyszy mu (uzasadnione bądź nie) poczucie słuszności. Strach oznacza nierzadko wybieranie „mniejszego zła”. Gniew daje poczucie uczestnictwa w walce ze złem większym.

Obóz progresywny będzie skazany na kolejne porażki, jeśli nie zacznie mobilizować również poczucia słusznego gniewu. Z tego punktu widzenia zarówno reakcje na Brexit, jak i reakcje na wybór Trumpa pokazują brak przywództwa i zdumiewająca bierność wobec rozwoju wypadków.

Po ogłoszeniu wyników referendum w sprawie Brexitu brytyjski establishment – także proeuropejski – zaskakująco łatwo pogodził się z tezą, że „naród zadecydował”. 48% wyborców, którzy opowiedzieli się przeciwko Brexitowi, nie w w obecnym parlamencie reprezentacji, na jaką zasługują. Zarówno laburzyści, jak i proeuropejskie skrzydło torysów po prostu skapitulowało (w takich momentach można żałować, że Szkocka Partia Narodowa nie działa na terytorium całego Zjednoczonego Królestwa). Takie kłanianie się okolicznościom i brak zdolności okazania przywództwa to w istocie dezercja i zdrada wobec tych, którzy swoją przyszłość jako Brytyjek i Brytyjczyków widzą we wspólnej Europie.
Podobnie rozczarowują grzeczne reakcje Clinton i Sandersa na wynik wyborów. Żadne z nich nie odważyło się powiedzieć, że te wybory nie były do końca uczciwe. A nie były. Moment ogłoszenia wyników to idealna chwila, by przypomnieć, że Republikanie od lat prowadzą politykę faktycznego pozbawiania prawa głosu tych grup, które z większym prawdopodobieństwem głosowałyby na Clinton. Likwidacja federalnego nadzoru nad realizację Voting Rights Act przez Sąd Najwyższy (w 2013 r.), zamykanie lokali wyborczych w „kolorowych” dzielnicach, mnożenie kosztownych i zawiłych biurokratycznych wymogów rejestracji wyborców to codzienna rzeczywistość, która szczególnie dotkliwie uderza w tych, którzy stawiali na Clinton. Walka o to, by wszyscy obywatele i obywatelki USA mogli faktycznie korzystać z prawa wyborczego, które im teoretycznie przysługuje, powinna się zacząć pierwszego dnia po głosowaniu. Cierpliwe czekanie na rozwój wypadków oznacza pozostawienie Trumpowi inicjatywy politycznej, a jego zwolennikom – nie tylko radości ze zwycięstwa, lecz również poczucia słuszności.

Reformistyczna lewica boi się podważać prawomocność instytucji, które przez wiele dekad zapewniały stabilność systemu politycznego i uczciwe wymienianie się władzą. Ale te instytucje coraz częściej są już tylko wydmuszką, cieniem tego, czym kiedyś były. Życie z nich uleciało. Dziś życie to gniew, a gniew leży na ulicy, czekając na tego, kto pierwszy go podniesie.

O klasowych aspektach wyborów pisał Adam Ostolski w artykule Trump, Clinton i walki klasowe w USA na witrynie „Nowego Obywatela”:

Ostatecznie Trump wygrał dlatego, że oprócz tradycyjnie „wahających się” stanów zdobył również stany tradycyjnie demokratyczne, które miały stanowić „niebieski mur” gwarantujący Clinton zwycięstwo. Chodzi o Michigan, Wisconsin, Pensylwanię i inne stany tworzące obszar „pasa rdzy” („rust belt”), jak określa się region dotknięty przez dezindustrializację wskutek liberalnej polityki handlowej, której symbolem stało się porozumienie NAFTA – wynegocjowane przez Busha seniora, a wdrażane przez Billa Clintona. Zdobycie stanów wahających się i „pasa rdzy” stało się możliwe dzięki połączeniu przez Trumpa pozycyjnej i manewrowej walki klasowej.

O znaczeniu wyboru Trumpa z punktu widzenia interesów Polski mówił Adam Ostolski w rozmowie z Jędrzejem Malko What does Trump’s victory mean for East-Central Europe? dla anglojęzycznego wydania „Krytyki Politycznej”.

Looking at all this from a slightly bigger distance, what’s of utmost importance is to grasp that Trump’s victory, Brexit or the escalating political crisis in France all have a common denominator. It is a crisis of legitimacy of the current form of capitalism. The old is already dead or dying, but the new has not yet been born. We have to learn how to use old categories, such as the Left, establishment, or populism in new, fresh, and productive ways. Today this is the most interesting and the most difficult task.

* * *

O wyborach prezydenckich w USA i różnicach między Clinton a Trumpem dyskutował 8 listopada 2016 Adam Ostolski z Piotrem Pałką (Rebelya.pl) w programie Marcina Bąka w studio Telewizji Republika.

* * *

rdc-logo9 listopada o wyniku wyborów i ich znaczeniu Adam Ostolski rozmawiał w programie Uwaga Rozproszona na antenie RDC z Karoliną Lewestam („Dziennik Gazeta Prawna”), Mateuszem Luftem i Pawłem Cywińskim.

Link do audycji